Miasto kobiet Felliniego czyli włoska Seksmisja
Film z 1980 r. kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. W tamtych czasach pisano o nim, że jest "mizoginizmem, seksizmem, antyfeminizmem, pochwałą samczości i lubieżności". W rolach głównych czołowy amant kina włoskiego tamtych czasów Marcello Mastroianni i polka Anna Prucnal.
Snàporaz spotyka w pociągu piękną nieznajomą w pogoni za którą zmienia kierunek swojej podróży. Zupełnie nieświadomie trafia na zjazd feministek.
Spotyka tam pełną galerię kobiet: młode i stare, piękne i brzydkie, nastawione negatywnie do mężczyzn i te pałające żądzą.
Bohater salwuje się ucieczką i szczęśliwie dla siebie znajduje ostoję męskości jak mu się początkowo wydaje - Sante Kutassa.
Gospodarz przyjmuje Snàporaza z pełnymi honorami. Okazuje się on playboyem i kolekcjonerem kobiet. Jego rezydencja zaś jest wyposażona w gadżety erotyczne wszelkiej maści, o wiele lepiej niż niejeden sex shop.
W willi nasz bohater spotyka kobiety, które z feminizmem mają tyle wspólnego co przeciętny przedstawiciel płci męskiej.
Niespodzianką dla bohatera jest spotkanie w tym domostwie rozpusty swojej partnerki Eleny, która w niedwuznaczny sposób domaga się zbliżenia. Co robi nasz bohater? Udaje, że zasnął...
Cóż znajduje pod łóżkiem mężczyzny? Droga do psychodelicznego świata pełnego wspomnień, skojarzeń, marzeń i lęków. I jeszcze więcej kobiet, dziwnych obrazów pojawiających się i znikających jak w koszmarze.
I nie ma powodu żeby się dziwić, że Snàporaz po raz kolejny postanawia salwować się ucieczką.
Co mu się ostatecznie udaje, gdyż... budzi się. W podróży towarzyszy mu Elena, która wspomina że bardzo dziwnie zachowywał się podczas snu... Ale to nie koniec niespodzianek. Nagle do wagonu wchodzi kilka kobiet ze snu bohatera. Jak na to wszystko reaguje Elena? Uśmiech się porozumiewawczo jakby znała treść snu Snàporaza. On sam zaś postanawia ponownie uciec do świata snu.
Z pozoru mogłoby się wydawać, że film ukazuje koszmar senny mężczyzn. Lub wręcz przeciwnie, spełnienie jego marzeń. I coś jest w każdym z tych stwierdzeń. W filmie zawarto wiele męskich fantazji, jednak w sposób karykaturalny. Fellini piętnuje wady kobiet i mężczyzn, pokazuje ich niekonsekwencję. I to w sposób bardzo jaskrawy. Tak naprawdę cały film jest zbitkiem wielu scen (surrealistycznych nierzadko), ujęć pozornie do siebie nie pasujących. Czy przeciętny mężczyzna chciałby się zjawić w świecie wykreowanym przez Felliniego? Bardzo wątpię.
Myślę, że warto zobaczyć "Miasto kobiet" i dać się wciągnąć na 2 godziny do tego świata wypełnionego widowiskowymi i nieraz bardzo zabawnymi scenami. Nie doszukacie się tu jednak "amerykańskiego poczucia humoru". To pełen finezji i ironii komizm, który osobiście bardzo cenię.
A Wy widzieliście już "Miasto kobiet"? Jakie są wasze odczucia i spostrzeżenia?






















Nigdy w życiu nie trafiłam na tak pomysłowy blog z recenzjami. Wspaniały sposób i oddający pełen urok pozycji. Od razu wyczuwa się serducho autorki.
OdpowiedzUsuńSuper blog.
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie :) =KLIK=
Bardzo podoba mi się ta recenzja. Zdjęcia są nieczego sobie. Czytam cię już od jakiegoś czasu i myślę, że dobrze że zmieniłaś stronę gdzie znajdował się twój blog. Dobra decyzja !
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam do mnie
->http://weronikabloguje.blogspot.com/?m=1