A PO PIĄTE NIE ZABIJAJ
Krótkie opowiadanie napisane kilka lat temu. Temat jest jednak ponadczasowy...

Był
szary poniedziałkowy ranek. Ewa właśnie wstała i zaczęła szykować się
do drogi. Po 45 minutach stała już na przystanku i czekała na swój
autobus. Dochodziła siódma, gdy zajęła swoje miejsce przy oknie.
Dziewczyna myślała o ostatnich miesiącach. Nawet nie spostrzegła się, gdy
z jej policzków spłynęły łzy. Nie takie zwykłe, lecz przepełnione bólem
i dające ulgę. Był to najgorszy rodzaj łez. Łzy bezsilności. To właśnie
było najgorsze – nic nie mogła zrobić. Ona taka silna i samodzielna,
opiekująca się młodszym bratem, gdy matka nie wracała na noc do domu.
Nawet, gdy nie było jej kilka dni… To ona wtedy wstawała wcześniej,
ubierała małego Tomka, robiła mu śniadanie i odprowadzała do szkoły. I
to ona pracowała całe wakacje, aby zarobić na życie. Bo tylko na siebie
mogła liczyć. Jej ojciec nie żył już kilka lat, matka załamała się i
wpadła w alkoholizm. Wszystko przestało mieć dla niej znaczenie.
Włącznie z dziećmi. Dziś lata, gdy byli jeszcze pełną rodziną Ewa
wspomina z nostalgią. Były to najlepsze lata jej życia. A teraz była już
tylko szara rzeczywistość pełna problemów i goryczy dnia codziennego. I
choć była nad wiek dorosła to i jej zdarzały się chwile zwątpienia.
Taka chwila właśnie trwała. Lawina myśli przepełniała jej świat. Jeszcze
niedawno była taka silna i dzielna a teraz nie potrafi poradzić sobie z
samą sobą. Wciąż klatka po klatce odtwarzała ten feralny dzień. Był
poniedziałek 25 września,. Na niebie toczyła się walka żywiołów, ciągle
grzmiało i błyskało. Zanosiło się na niebezpieczna burzę. No cóż, takie
są uroki ocieplenia klimatu – ciągłe burze i wichury. Ewa, jak co dzień
na pierwszej lekcji miała język polski. Chciała się zgłosić i poprawić
ostatnią dwóję ze sprawdzianu. Do tego jednak nie doszło, a teraz nie to
było najważniejsze. Teraz na pierwszym miejscu stała walka z własnym
organizmem. W tamten poniedziałek zawalił się jej cały świat. Choć już
dawno nie był poukładany i mogłoby się wydawać, że już gorzej być nie
może. A jednak mogło… Wspomnienia wciskały się w myśli, domagały się
ciągłego odtwarzania. Ewa znów stała przed panią Żywicką i próbowała
przypomnieć sobie co właściwie kryje się pod terminem epikureizm. A
potem… niewiele już pamiętała. W zwolnionym tempie widziała siebie
upadającą na podłogę, a później szpital gdzie tkwiła pod szczelną siecią
kroplówek. Lekarz był młody i bardzo miły. Obiecał poddać ją
szczegółowym badaniom i jak najszybciej dowiedzieć się, co spowodowało
omdlenie. Przez następne kilka dni jeździła od szpitala do szpitala.
Przebadało ją wielu specjalistów. Od kiedy choroba dała o sobie znać
matka nie wypiła ani kropli alkoholu. W czwartek były wyniki.
Nieodwołalne i straszne w konsekwencjach. Lekarze byli zgodni: Ewa ma
nowotwór. Ziarnicę złośliwą. Musi jak najszybciej poddać się leczeniu w
okolicznej Klinice Onkologii. To był wyrok. Ewa widziała już nad sobą
widmo chemioterapii, a nawet śmierci. Powooolnej i bolesnej. Nowotwór.
To słowo słyszała Ewa w swojej głowie. Nowotwór. Brzmiało
oskarżycielsko. Cały świat dziewiętnastolatki runął. Nie było już nic.
Tylko pustka… Jedynym pozytywnym aspektem tej choroby była odmiana
matki. Już zaczynała przypominać tą dawną, pełną życia i opiekuńczą
mamusię. Z lat dzieciństwa. Ale czy warto płacić taką cenę? Czy tylko
jej śmierć jest warta takiego przełomu? A może to potrwa tylko kilka
dni, a później wszystko się zmieni? Na gorsze oczywiście, bo Ewa w
szczęście przestała wierzyć już dawno temu. Widocznie swój limit
szczęścia już zupełnie wyczerpała. Z rozmyślań wyrwał ją odgłos
zatrzymującego się autobusu. Właśnie dojechała do celu swojej podróży.
Głównej Kliniki Onkologii. Następne dni mijały bezpowrotnie. Czas wlókł
się niesamowicie wolno. Dziesiątki badań, garści połykanych leków i w
końcu najgorsze. Pierwsza chemia. Ewa świat widziała rozmazany,
pozbawiony barw i ostrości. Każdy dzień był podobny, przynosił ból.
Dziewczyna była apatyczna i obojętna na swój los. Nie cieszyły jej
częste odwiedziny matki i brata, nie umiała dogadać się z sąsiadkami z
sali. Wszystko ją denerwowało i wyprowadzało z równowagi. Po którejś z
kolei chemioterapii nie wytrzymała, na własne życzenie wypisała się ze
szpitala i przerwała leczenie. Nie miała na to sił i chciała jak
najszybciej skończyć swoją gehennę. Nie widziała przed sobą innej
możliwości. Pragnęła tylko jak najszybszego zakończenia cierpienia. Ze
szpitala pojechała na dworzec centralny. Tam spotkała chłopaka, który
zaofiarował jej nocleg. Przedstawił się jako Mateusz, ale trudno
powiedzieć jak naprawdę się nazywał. A zresztą, czy to ważne? Teraz
wszystko, cały świat Ewy obleczony był poświatą bezsensowności i
beznadziejności. Jak okazało się Mateusz był narkomanem, zwykłym
zniszczonym przez nałóg człowiekiem bez przyszłości. Chyba, że
przyszłością można nazwać ostateczny ,,złoty strzał”- śmierć narkomana
spowodowana przedawkowaniem i skrajnym wyniszczeniem organizmu. To od
niego Ewa dostała pierwszego skręta, zwykłą trawkę, która jak mówił
miała pomóc się jej wyluzować i odlecieć. Bez przekonania i z
obojętnością pozwoliła by narkotyk odurzył ją, pozwolił o wszystkim
zapomnieć. Ze zwykłej trawki Ewa przeszła na kokainę, nie zwracając
uwagi na ciągle powiększające się wyczerpanie organizmu. Niewiele
pamiętała z następnych dni, jedna dawka goniła drugą. Ewa potrzebowała
coraz więcej, a Mateusz zaczął namawiać ją aby ,,zapracowała” na kolejne
porcje narkotyku. Ewa nie zgodziła się na to, gdzieś na dnie jej umysłu
nadal żyły wpajane przez lata priorytety. Nie, na to sobie nie może
pozwolić. Nie mając innego wyjścia uciekła z mieszkania Mateusza i
postanowiła wrócić do domu. Na miękkich nogach, ostatkiem sił doszła do
domu. Na progu zemdlała. Matka wniosła ją do pokoju, położyła na łóżku i
wezwała lekarza. Testy nie pozostawiały wątpliwości, co do trybu życia
jaki ostatnio prowadziła. Ewę skierowano do Monaru, gdzie przydzielono
jej opiekuna i usiłowano wyrwać ze szpon nałogu. Nie na wiele się to
zdało. Ewa uciekła z ośrodka po kilku dniach. Nie umiała pokonać siły,
która ciągnęła ją ku kolejnej działce. Tym razem Ewę zgarnęła policja.
Funkcjonariusze znaleźli ją ze strzykawką w żyle w miejskiej ubikacji.
Ewa już więcej nie uciekała. Podano ją detoksowi i wznowiono leczenie.
Na razie nie mogło być mowy o chemii, gdyż organizm Ewy był zbyt
wyniszczony przez narkotyki. Z bezwładnej plątaniny pamięci Ewy zaczęły
wyłaniać się pojedyncze obrazy, powróciło pierwsze wspomnienie i to ono
nękało ją. Przypomniała sobie, kobietę spotkaną na dworcu. Jej twarz
była przeraźliwie blada, była wrakiem człowieka. Oczami bez wyrazu
spojrzała na Ewę. Zaczęła histerycznie płakać i zalewając się łzami
krzyczała. Uciekaj! Dla mnie już za późno, ja niedługo umrę. Zaczynałam
tak jak ty, a potem było coraz gorzej. Ja umieram z własnej i
nieprzymuszonej woli. Zabił mnie zwykły biały proszek. Uciekaj! Póki
jeszcze żyje twój umysł. Uciekaj! Nie zabijaj siebie! Nie zabijaj! Te
słowa skierowane były pod jej adresem, to nie ulegało wątpliwości. Teraz
widok tej narkomanki pozwalał jej walczyć, pozwalał żyć.
Ewa
podjęła walkę o swoje istnienie. Od wielu lat nie sięgnęła po narkotyk.
Wyjechała ze swojego miasta. Teraz mieszka nad morzem. Leczy rany
duszy. Jej choroba cofnęła się, ale ma świadomość, że zawsze może
wrócić. Po tym jak lekarze przekazali jej radosną nowinę Ewa poszła do
kościoła. Po tylu latach powróciła do Boga. Kazanie poświęcone było
piątemu przykazaniu dekalogu. Nie zabijaj. Z oczu Ewy popłynęły łzy. Nie
zabijaj siebie, ani innych. Nie zabijaj swojej matki pozwól jej
skończyć z alkoholem. Nie zabijaj siebie, to Bóg decyduje o twoim życiu.
Nie baw się w Boga. Nie zabijaj.
Następnego
ranka Ewa kupiła gazetę – tego dnia dołączono dodatek dotyczący
wyższych uczelni. Machinalnie przewracając strony trafiła na artykuł o
śmierci kolejnej ofiary zwykłego białego proszku. Jej uwagę przywołało
nazwisko zmarłego. Mateusz Suchawski. Ja nie skończę tak jak ty
wyszeptała. Nie zabiję siebie, pozwolę aby każdy dzień przynosił
niewiadomą. Nie zabiję siebie – jeszcze z tymi słowami na ustach Ewa
poczuła od dawna wyczekiwany spokój.
Komentarze
Prześlij komentarz